Recenzja: pretty in ink;

 Drugi tom serii ‘Tattoo Shop Mystery’ ukazał się na początku marca i wydaje się, że albo zaczynam się przyzwyczajać do stylu autorki albo zaczyna ona pisać o tatuażach lepiej i mniej serio.

Zacznijmy jednak od tego, co wciąż mi się w tej serii nie podoba.

 

Dwa tomy za mną i mogę już dostrzec pewne motywy, które sprawiają, że akcja książek jest przewidywalna, a to poważne wykroczenie, szczególnie gdy chodzi o powieści detektywistyczne.

 

Podobnie jak w części pierwszej, główna bohaterka, Brett Kavanaugh, tatuatorka z Las Vegas, jest zamieszana w kryminalną aferę, w rezultacie której ginie jeden z jej klientów (mając w pamięci, że poprzednio jej klientka również zamieszana była w niejasną aferę i również pojawiły się ofiary śmiertelne, można dojść do wniosku, że nie jest zbyt bezpiecznie korzystać z usług studia „Painted Lady’!)

 

Podobnie jak w części pierwszej, ‘węszenie’ Brett nie spotyka się z akceptacją jej otoczenia i policji, a tym bardziej przestępców; wciąż jednak może ona liczyć na pomoc swojego brata policjanta, swoich współpracownikow i swojego rywala, który coraz bardziej zaczyna przypominać potencjalnego partnera.

 

Podobnie jak w części pierwszej, Brett jest wolna. Najwidoczniej docelowymi czytelnikami pani Olson są młode samotne kobiety marzące o miłości i przygodzie, a sama Brett zmienia się niemal w klona Bridget Jones.

 

Podobnie jak poprzednio, pani Olson wydaje się lubić pewne wyrażenia i zwroty tak bardzo, że używa ich częściej niż należy – co prawda nie ma tu już ciągłych odniesień do głośnych dzwonków w telefonie, ale za to wiemy, że dzwonkiem Brett jest kawałek Bruce’a Springsteena, ‘Born to Run’  i aż za dobrze wiemy w czym Brett sypia na co dzień. Niezbyt ważne szczegóły, ale kiedy się o nich czyta więcej niż raz na przestrzeni 300 stron, zaczynają irytować.

 

Niestety Brett wciąż wydaje się tkwić w latach 90-tych poprzedniego stulecia i jest totalnie nieświadoma jak można modyfikować ludzkie ciało w wieku XXI! Wszystkie ‘zmodyfikowane’ postaci powieści mają albo tatuaże, albo popularne rodzaje przekłuć, a więc znowu nie ma tu żadnej wzmianki na temat rozciągnietych uszu, rozdowojonych języków czy implantów. Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że Las Vegas składa się wyłącznie z knajpek, cukierni i kasyn, w których pełno jest turystów, ceny są o wiele za wysokie, a studia tatuażu są tylko dwa.

 

Plusem jest, że Karen Olson próbuje dodać nieco informacji o tatuażach – kwestia bólu podczas tatuowania (czysta teoria, ponieważ Olson nie posiada własnych doświadczeń w tym względzie) czy garść informacji na temat dbania o świezy tatuaż. Informacje te są jednak powierzchowne i nie przekonują!

 

Wszystkie te powtórzenia i ślizganie się po powierzchni tematu można jednak wybaczyć, jeśli spojrzy się na tę ksiazke pod bardzo określonym kątem. Celem autorki (a może przede wszystkim jej wydawców) jest wykorzystanie popularności tatuaży i podniesienie własnych zysków, a dla tych z nas, którzy są mocniej zaangażowani w subkulturę tatuażu jest to dobra okazja do zobaczenia jak popkultura postrzega tatuaże tu i teraz. Perspektywa kultury masowej jest oczywiście przesadzona i płytka, ale nikt z nas nie powinien mieć złudzeń, że jest inaczej.

 

Karen E. Olson całkiem nieźle opowiada swoje historie – akcja jest wartka, a poczucie humoru niezbyt wymuszone (chociaż wolałabym nie czytać już o siostrze Mary Euchariste!). Być może Olson za bardzo stara się pokazać świat, o którym nie ma wielkiego pojęcia, ale nie jest to zbrodnia. Jeśli czytelnik nie wie za wiele na temat tatuaży, ale z przyjemnością ogląda programy typu ‘Miami Ink,’ pewnie chętnie przeczyta tę książke. Jeśli zaś czytelnik interesuje się tatuażami bardziej niż przeciętny obywatel, może on spojrzeć na tę powieść jako rodzaj dokumentu pokazującego jak współczesne społeczeństwo postrzega tatuaże i jakie miejsce zajmują one w kulturze masowej.

 

 

Karen E. Olson, Pretty In Ink. A Tattoo Shop Mystery, Signet 2010

 

  « wstecz